Opowieść Pielgrzyma (9) - Studia w Paryżu

Rozdział VIII - Studia w Paryżu (luty 1528 - kwiecień 1535)


73. Wyruszył więc w drogę do Paryża sam i pieszo, a przybył tam z początkiem lutego. Według tego jak mi to obliczał, było to w roku 1528 lub 1527.

Kiedy był w więzieniu w Alkali, urodził się hiszpański następca tronu i dzięki temu można obliczyć wszystko, nawet wypadki wcześniejsze.

Zamieszkał w pewnym domu z kilkoma Hiszpanami i uczęszczał na wykłady języków klasycznych w kolegium Montaigu. A uczynił to dlatego, że przedtem odbywał nauki z takim pośpiechem, iż stwierdził brak podstaw w swoim wykształceniu. Uczył się więc razem z dziećmi stosując się do porządku i metody studiów w Paryżu.
Gdy tylko przybył do Paryża, pewien kupiec wypłacił mu 25 skudów na przekaz z Barcelony. Pieniądze te powierzył pielgrzym pieczy jednego z Hiszpanów, z którym mieszkał, ten zaś w krótkim czasie roztrwonił je i nie miał z czego oddać. Tak więc gdy minął Wielki Post, Pielgrzym nie miał już wcale pieniędzy, raz że sam część ich wydał, a po drugie dla racji wyżej wspomnianej. Był więc zmuszony do żebrania a nawet do opuszczenia domu, w którym mieszkał.

74. Przyjęto go [po 12.IV.1528] do szpitala św. Jakuba za kościołem Młodzianków. Było to dla niego wielka przeszkodą w studiach, ponieważ szpital był dość daleko od kolegium Montaigu; żeby więc przyjść przed zamknięciem bramy szpitala, musiał wracać na Anioł Pański, a nie mógł wychodzić [ze szpitala] przed świtem. Nie mógł przeto słuchać wszystkich lekcji. Była też inna przeszkoda, mianowicie że musiał żebrać na swoje utrzymanie.
Upłynęło już pięć lat, jak nie odczuwał bólów żołądka Dlatego zaczął znów praktykować wielkie pokuty i posty. Po pewnym czasie takiego życia w szpitalu i żebraniny widząc, że mało postępuje w naukach, zaczął się zastanawiać, co robić. A ponieważ widział, że w kolegiach niektórzy studenci byli służącymi regentów, a równocześnie mieli czas na naukę, postanowił poszukać sobie służby u jakiegoś pana.

75. Z wielka pociecha duchową rozważał sobie i postanawiał, że mistrzem swego będzie w wyobraźni uważał za Chrystusa, a studentom ponadaje imiona Apostołów, np. jednemu imię św. Piotra, innemu św. Jana itd.. - “A kiedy mistrz wyda mi jaki rozkaz, będę myślał, że to mi Chrystus rozkazuje; a gdy mi rozkaże coś kto inny, będę myślał, że to św. Piotr mi rozkazuje”. Dołożył więc wszelkich starań, aby znaleźć sobie pana. Mówił o tym z bakałarzem Castro i z jednym mnichem kartuzem, który znał wielu profesorów, i z wieloma innymi, ale nikt nie mógł mu znaleźć pana.

76. W końcu gdy już nie mógł znaleźć żadnej pomocy, pewien mnich Hiszpan powiedział mu jednego dnia, że byłoby lepiej udawać się co roku do Flandrii i poświęcić dwa miesiące, a może nawet mniej, na zebranie funduszów, z których można by potem żyć i studiować przez cały rok. Kiedy rozwiązanie to polecił Bogu, wydawało mu się ono dobre. Korzystając więc z tej rady przynosił co roku z Flandrii tyle, ile wystarczyło do jakiego takiego życia. Raz udał się nawet do Anglii i zebrał tam więcej jałmużny niż w innych latach.

77. Kiedy po raz pierwszy powrócił z Flandrii, zaczął z większym wysiłkiem niż zazwyczaj oddawać się rozmowom duchownym i dawał także w tym samym prawie czasie [październik 1528] Ćwiczenia trzem osobom, a mianowicie: Peralcie, bakałarzowi Castro, który był z Sorbony, i pewnemu Baskowi z kolegium św. Barbary imieniem Amador. Wszyscy oni bardzo zmienili swe życie, oddali zaraz ubogim wszystko, co mieli, nawet książki, zaczęli żebrać po ulicach Paryża, a zamieszkali w szpitalu św. Jakuba, gdzie przedtem i Pielgrzym mieszkał, ale się stamtąd wyprowadził dla wyżej podanych racji [zob. n. 74]. Fakt ten narobił wiele szumu w uniwersytecie, ponieważ dwaj pierwsi z tej trójki byli ludźmi poważanymi i bardzo znanymi. Zaraz też Hiszpanie wydali bitwę obu mistrzom. Nie mogąc ich jednak przekonać mnóstwem racji i perswazji, aby wrócili do uniwersytetu, udali się zbrojnie i w wielkiej liczbie pewnego dnia do szpitala i porwali ich stamtąd.

78. Zaciągnęli ich na uniwersytet i zrobili z nimi taką umowę: najpierw ukończą swoje studia, a potem dopiero przeprowadza swoje zamiary. Bakałarz Castro przybył potem do Hiszpanii, jakiś czas głosił kazania w Burgos, a potem został mnichem kartuskim w Walencji. Peralta wyruszył pieszo na pielgrzymkę do Jerozolimy. Został zatrzymany we Włoszech przez pewnego kapitana, swego krewnego, który postarał się o to, by go przyprowadzić do papieża i uzyskał to, że papież kazał mu wrócić do Hiszpanii. To wszystko wydarzyło się nie zaraz, lecz kilka lat później.
Tymczasem w Paryżu, głównie między Hiszpanami, powstały wielkie szemrania przeciw Pielgrzymowi. Nasz magister de Gouvea twierdził, że doprowadził do szaleństwa Amadora, który był uczniem w jego kolegium. Powiedział, że powziął takie postanowienie: Gdy tylko po raz pierwszy zjawi się Pielgrzym w kolegium św. Barbary, każe mu dać tzw. “salę” jako zwodzicielowi studentów.

79.[Tymczasem] ten Hiszpan, z którym Pielgrzym początkowo mieszkał razem i który roztrwonił jego pieniądze i nie zwrócił mu ich, wyruszył do Hiszpanii drogą przez Rouen. Gdy tam oczekiwał na okręt, rozchorował się ciężko. Podczas tej jego choroby Pielgrzym dowiedział się o tym z jego listu i zaraz opanowało go pragnienie, żeby go tam odwiedzić i pomóc mu. Myślał także, że w tej sytuacji uda mu się pozyskać go do opuszczenia świata i do poświęcenia się całkowicie służbie Bożej. W intencji uzyskania tego zapragnął przejść pieszo te 28 mil z Paryża do Rouen, boso, nie jedząc i nie pijąc [wrzesień 1529]. Kiedy się w tej sprawie modlił, poczuł w sobie wielki strach przed tym. W końcu udał się do kościoła św. Dominika i tam postanowił odbyć te drogę w sposób wyżej opisany, a jego wielki strach, że kusi Boga, ustąpił. Nazajutrz rano w dniu, w którym miał wyruszyć, wstał wcześnie, a kiedy zaczął się ubierać, napadł go znów taki strach, iż mu się zdawało, że nie potrafi się ubrać. Pomimo tego oporu wewnętrznego wyszedł z domu i z miasta, zanim jeszcze nastał dzień. Ale ten strach trwał wciąż jeszcze i trzymał go aż do Argenteuil, miasteczka oddalonego od Paryża o trzy mile, przy drodze do Rouen. Tam, jak mówią, znajduje się tunika Pana naszego. W tym stanie udręki duchowej minął to miasteczko, a kiedy zaczął wchodzić na pewne wzgórze, ta udręka zaczęła ustępować. Owszem, przyszła nań wielka pociecha niosąca wewnętrzną siłę i taka radość, że zaczął wołać wśród pól i głośno rozmawiać z Bogiem itd.. Przeszedłszy 14 mil zatrzymał się tego wieczoru razem z pewnym żebrakiem w szpitalu. Nazajutrz zaś nocował w stodole. Trzeciego dnia przybył do Rouen. Przez cały ten czas nic nie jadł ani nie pił i szedł boso, jak to sobie postanowił. W Rouen pocieszył chorego i pomógł mu wsiąść na okręt płynący do Hiszpanii. Dał mu też list i skierował go do swoich towarzyszy, którzy byli w Salamance, to jest do Kaliksta, Caceresa i Arteagi.

80. Żeby nie mówić więcej o tych towarzyszach - oto co się z nimi stało. Kiedy Pielgrzym przebywał w Paryżu, pisywał do nich często stosownie do tego, jak się umówili, donosząc im, że mała jest możliwość sprowadzenia ich na studia do Paryża. Zamyślał jednak napisać do pani Eleonory de Mascarenhas, żeby ona pomogła Kalikstowi dając mu listy polecające na dwór portugalski i żeby w ten sposób ułatwiła mu zdobycie stypendium, które król portugalski dawał w Paryżu. Pani Eleonora dała taki list Kalikstowi, a nadto podarowała mu mulice na podróż i pieniądze na wydatki w drodze. Kalikst udał się na dwór portugalski, ale w końcu nie przybył do Paryża. Powrócił on do Hiszpanii, a potem udał się do Indii cesarskich [tj. do Ameryki Południowej] z pewna pobożna niewiastą. Następnie po powrocie do Hiszpanii znów wyjechał do tychże Indii. Tym razem wrócił stamtąd do Hiszpanii jako bogacz i wzbudził w Salamance zdumienie u tych wszystkich, którzy go znali przedtem.
Caceres powrócił do Segowii, do swych ojczystych stron, i tam zaczął żyć tak, iż zdawało się, że zapomniał o swoim pierwszym zamiarze.

Arteaga został mianowany komandorem. Potem, gdy Towarzystwo [Jezusowe] było już założone w Rzymie, otrzymał biskupstwo w Indiach cesarskich. Napisał on wtedy do Pielgrzyma, że odstąpi je jednemu z Towarzystwa. A gdy mu dano odpowiedź odmowną, udał się do Indii. Otrzymawszy sakrę biskupią zmarł w dziwnych okolicznościach. Podczas choroby miał dwie butle z wodą do orzeźwiania się - jedna z woda, która przepisał lekarz, drugą z “wodą Solimana” tj. z trucizną. Przez pomyłkę dano mu te drugą butlę z trucizna i to go zabiło.

81. Pielgrzym wrócił z Rouen do Paryża i dowiedział się, że na skutek tego co zaszło w sprawie Castro i Peralty, powstał wielki szum dokoła jego osoby i że inkwizytor kazał go wezwać. Nie chciał już dłużej czekać i sam udał się do inkwizytora [wrzesień 1529]. Powiedział mu, iż dowiedział się o tym, że go szukają; ze swej strony jest gotów na wszystko według jego woli. (Inkwizytor ten nazywał się magister noster Ori, z zakonu św. Dominka). Pielgrzym prosił go o szybkie załatwienie sprawy, ponieważ miał zamiar wstąpić z dniem św. Remigiusza na wydział filozofii; chciał więc, żeby ta sprawa była skończona i żeby mógł łatwiej przyłożyć się do swoich studiów. Ale inkwizytor nie pozwał go, powiedział mu tylko, że w rzeczy samej doniesiono mu o jego postępowaniu itd.

82. Wkrótce potem nadszedł dzień św. Remigiusza, który przypada pierwszego października [1529] i Pielgrzym rozpoczął kurs filozofii pod kierunkiem profesora, który się nazywał Magister Jan Pena; zaczął ten kurs z pragnieniem zachowania przy sobie towarzyszy, którzy postanowili służyć Bogu, ale nie zamierzał pozyskiwać nowych towarzyszy, aby móc z większa swobodą oddawać się studiom. Gdy zaczął słuchać wykładów na wydziale, poczęły go napastować te same pokusy, które go nachodziły, kiedy uczył się gramatyki w Barcelonie. Podczas wykładów z każdym razem nie mógł skupić uwagi z powodu licznych oświeceń duchownych, które mu się narzucały. Widząc, że ten sposób czynił małe postępy w nauce, udał się do swego profesora i przyrzekł mu, że nigdy nie omieszka wysłuchać wszystkich jego wykładów, byleby tylko mógł znaleźć dość chleba i wody dla utrzymania się przy życiu. Po uczynieniu tej obietnicy cała ta pobożność, która go nachodziła nie w porę, opuściła go i spokojnie postępował w studiach.



W tym czasie [X. 1529 - IV 1535] przestawał z magistrem Piotrem Favre i z magistrem Franciszkiem Ksawerym, których potem pozyskał za pomocą Ćwiczeń [Duchownych] do służby Bożej.
W tym okresie studiów już go nie prześladowano tak jak przedtem. W związku z tym powiedział mu raz doktor Frago, że dziwi go ten spokój i to, że nikt nie robi mu żadnych przykrości. A on mu odpowiedział: “To dlatego, że z nikim nie mówię o rzeczach Bożych Ale po skończeniu kursu wrócimy do naszego zwyczaju”.

83. Kiedy tak obaj rozmawiali, przyszedł jakiś mnich prosić doktora Frago, aby mu zechciał znaleźć mieszkanie, ponieważ tam, gdzie miał swój pokój, umarło wiele osób; on to przypisywał zarazie. W rzeczy samej zaraza zaczęła się wtedy szerzyć w Paryżu. Doktor Frago razem z Pielgrzymem chcieli pójść obejrzeć ten dom i wzięli z sobą pewna panią, która dobrze się na tym znała. Kiedy weszła do środka, stwierdziła, że to zaraza. Pielgrzym też tam chciał wejść, a znalazłszy tam chorego pocieszył go dotykając ręka jego rany. A kiedy go trochę pocieszył i podniósł na duchu, odszedł. Wtedy zaczęła go boleć ręka i zdawało mu się, że się zaraził. To przypuszczenie było tak silne, że nie mógł go przezwyciężyć. Dopiero gdy z pewną gwałtownością włożył rękę do ust obracając ją tam na wszystkie strony i mówiąc do siebie: “Jeśli masz zarazę na ręce, to będziesz ją miał i w ustach !” - ustąpiło to wyobrażenie a także i ból w ręce.

84. Ale kiedy wrócił do kolegium św. Barbary, gdzie miał wtedy pokój i gdzie słuchał wykładów, inni mieszkańcy kolegium, którzy wiedzieli o tym, że on wszedł do domu zapowietrzonego, uciekali od niego i nie chcieli mu pozwolić wejść. I dlatego był zmuszony przebywać kilka dni poza kolegium.
Jest zwyczaj w Paryżu, że studenci filozofii na trzecim roku dla uzyskania bakalaureatu “biorą kamień”, jak się to mówi w ich gwarze. A ponieważ kosztuje to jednego dukata, wielu biednych studentów nie może tego robić. I Pielgrzym zaczął powątpiewać, czy będzie dlań rzeczą dobrą “brać kamień”. I kiedy tak był pełen wątpliwości i niezdecydowany, postanowił zdać tę sprawę w ręce swego mistrza. Za jego radą “wziął kamień” [począt. 1532]. Niemniej nie brakło takich, co szemrali na niego z tego powodu a w każdym razie jeden Hiszpan, który patrzył na to z niechęcią.
W Paryżu bardzo cierpiał w tym czasie na bóle żołądka i co dwa tygodnie miał ataki, które trwały przez dobra godzinę i powodowały gorączkę. Jednego razu taki atak trwał 16 albo 17 godzin. Potem kiedy już ukończył kurs filozofii i przez kilka lat studiował teologię i pozyskał już towarzyszy, choroba jego wciąż się pogarszała. Nie mógł znaleźć na nią żadnego lekarstwa, choć wielu próbował.

85. Lekarze mówili, że tylko powietrze stron rodzinnych mogłoby go uzdrowić. Towarzysze radzili mu to samo i bardzo nań nalegali w tym celu. A w tym czasie wszyscy oni byli już zdecydowani co do tego, co maja czynić; a mianowicie udać się do Wenecji i do Jerozolimy i poświęcić swe życie dla pożytku i pomocy duszom. A gdyby im nie pozwolono pozostać w Jerozolimie, mieli powrócić do Rzymu i stawić się przed Namiestnikiem Chrystusa, ażeby posłużył się nimi tam, gdzie to według jego sądu będzie dla większej chwały boga i dla pożytku dusz. Zdecydowali się więc czekać przez rok na okręt w Wenecji. A gdyby w ciągu tego roku nie było takiej możliwości odpłynięcia na Wschód, byliby tym samym zwolnieni od ślubu udania się do Jerozolimy, a udaliby się do papieża itd..
Ostatecznie Pielgrzym dał się przekonać swoim towarzyszom, tym łatwiej, że ci, co byli w Hiszpanami, mieli kilka spraw do uregulowania i on im to mógł [w Hiszpanii] załatwić. I tak się umówiono, że on pozałatwia ich sprawy, kiedy się poczuje lepiej na zdrowiu, i że potem uda się do Wenecji, gdzie będzie na nich czekał.

86. Był to rok 1535. Według umowy towarzysze mieli wyruszyć w drogę w r. 1537 w dniu nawrócenia św. Pawła. Ale na skutek wojny, która wybuchła, wyruszyli w listopadzie w roku 1536.
Kiedy Pielgrzym miał już udać się w podróż, dowiedział się, że go doniesiono do inkwizytora i że ma być wytoczony proces przeciw niemu. Dowiedziawszy się o tym i widząc, że go nie pozywają, poszedł sam do inkwizytora [koniec III 1535], powiedział mu to, o czym się dowiedział i dodał, że właśnie chce wyruszyć do Hiszpanii i że ma towarzyszy. Prosił go też, żeby zechciał wydać wyrok [w jego sprawie]. Inkwizytor odpowiedział mu, że jeśli chodzi o doniesienie, to tak i było, ale nie uważał tego za sprawę poważną. Chciał tylko widzieć jego pisma zawierające Ćwiczenia. Kiedy je przejrzał, pochwalił je bardzo i prosił Pielgrzyma, żeby mu dał ich odpis. Tak też się stało. Ale Pielgrzym zaczął na nowo nalegać na inkwizytora, ażeby przeprowadził proces aż do wyroku. A kiedy inkwizytor uchylał się od tego, przyszedł do jego domu z notariuszem publicznym i świadkami i polecił sporządzić protokół z całej tej sprawy.